A może tyle wystarczy…
Zasada jest prosta: każde działanie opisane nad linią poziomą – bez względu na kolejność jego wykonania – daje jeden stopień oceny pozytywnej. Jedna z trzech aktywności oznacza zatem możliwość uzyskania oceny dostatecznej, dwie – dobrej, wszystkie trzy – bardzo dobrej. Można zacząć od lektury, od komentarza lub referatu albo od aktywnego udziału w zajęciach; żadna z tych dróg nie jest z założenia ważniejsza od pozostałych. Co równie istotne, pierwsza aktywność nie zobowiązuje do drugiej, a druga do trzeciej. Student, którego satysfakcjonuje ocena dostateczna, może na niej poprzestać; jeśli aspiruje do dobrej, podejmuje drugą formę pracy, a do bardzo dobrej – trzecią. Ewentualne 3+ i 4+ pozostają ocenami „niuansowymi” – pozwalającymi uwzględnić jakość, zakres czy szczególne zaangażowanie bez tworzenia kolejnych formalnych szczebli wymagań.
Nie widzę w takim rozwiązaniu zachęty do robienia jak najmniej. Przeciwnie: sama obecność na zajęciach nie daje jeszcze oceny pozytywnej – każdą ocenę trzeba wypracować. Zmienia się natomiast rozłożenie odpowiedzialności. Prowadzący określa wymagania, stwarza możliwości pracy i dba o jej poziom; student współtworzy zajęcia, podejmuje konkretne działania i sam decyduje, jak daleko chce pójść. Nie wszyscy muszą przecież aspirować do tej samej oceny ani dowodzić swojego zaangażowania w identyczny sposób. Jeśli ktoś świadomie uznaje, że 3 mu wystarczy, powinien wiedzieć, co musi zrobić, aby na tę ocenę rzeczywiście zapracować. Jeśli chce 5 – droga również jest czytelna.
Zatem może tyle wystarczy – czyli trochę mniej administracyjnej arytmetyki, trochę więcej wyboru, pracy i odpowiedzialności za własne studiowanie. I wszystko to w ramach prostej umowy dydaktycznej, dzięki której osoba studiująca wie, jakie ma możliwości i co powinna zrobić, prowadzący wie, co ma ocenić, a zakres podejmowanej pracy odpowiada poziomowi własnych aspiracji.
